|
Jesienny Salon krakowski budzi niepokój. Wielu malarzy osiągnęło dużą sprawność, wiedzą jak szukać wyrazistego kontrastu form, nasilać kolor, rozgrywać abstrakcyjnie relacje różnych stężeń materii, różnych metafor przestrzeni. Ale nic nie starzeje się tak prędko, jak nowość. Pomysłowe, nieraz pracowite, ?kulturalne" obrazy krakowskie wyglądają w sumie sta-rawo, wymieniają między sobą recepty, sposoby, formułki, czuje się kon-wencjonalność alfabetu informel, którym nauczyliśmy się pisać tak niedawno, a już składamy zeń łatwo i zgrabnie zdania, które brzmią nieindy-widualnie, przypadkowo i pusto.
Najmłodsi, bo najbardziej autentyczni i zamiłowani, wydali mi się artyści najbardziej zarazem świadomi: krakowscy graficy i Czesław Rzepiński. Lecz mimo kilku pięknych, żywych prac wyszedłem z wystawy zmartwiony jej bezosobistą i dość jałową grzecznością. To wrażenie próbowałem sobie umotywować brakiem organicznej spoistości, izolacją poszczególnych dziedzin naszego rozwoju kulturalnego. Lecz ta motywacja - przynajmniej
W Bwej części klimatycznej spod znaku Klaczki, Taine'a czy Telimeny (,,(), szczęśliwe nieba krajów włoskich! Różowe cezarów ogrody!") - rozpadła się wniwecz, kiedy w pismach paryskich przeczytałem artykuły
0 tamtejszej Biennale: narzekanie na konformizm współczesnego malarstwa abstrakcyjnego, na sprawną nudę, na brak pasji...
|